Z kiwi za pan brat - Nowa Zelandia, cz. II

Z kiwi za pan brat - Nowa Zelandia, cz. II

Prezentujemy Wam drugą część relacji z wyjazdu do Nowej Zelandii, jednego z najpiękniejszych i najbardziej niesamowitych krajów na ziemi.


W październiku opublikowaliśmy pierwszą część relacji.


Queenstown to mój pierwszy przystanek w trzytygodniowej podróży po wyspie południowej. Miasto otoczone malowniczymi górami, wita mnie temperaturą w okolicach 5 stopni i silnym wiatrem. Jak to w górach.
 


Zostawiam rzeczy w hostelu i od razu udaję się kolejką górską na najbliższy szczyt, aby podziwiać miasto z góry razem z niesamowitymi krajobrazami. Choć w Nowej Zelandii takowych nie brakuje, to tego typu atrakcje odwiedzanych miejsc warto wycisnąć do cna.
 


Wieczorem udaję się do informacji turystycznej, by kupić bilet na Milford Sound, zatokę z fiordami oddaloną od miasta o kilka godzin jazdy. Decyduję się na tzw. full pakiet, czyli autobus, prom na miejscu, lunch w cenie i opiekę przewodnika. Kolejnego dnia rano wstaję i autobusem, wraz z innymi podróżnikami, udaję się do Zatoki Milforda. Po drodze spotykam oczywiście oszałamiające widoki; ten poniżej potwierdza, że Nowa Zelandia to w języku maorysów Aotearoa – co jest często tłumaczone jako „Kraj Długiej Białej Chmury”.


 


Wraz z wycieczką wsiadamy na prom i płyniemy "zanurzyć" się w niesamowitą, zapierającą dech w piersiach krainę fiordów.
 


 


 


 


Wracając z Milford Sound decyduję się zatrzymać w malutkim miasteczku Te Anau i spędzić tam 2 dni. Bez konkretnego powodu, po prostu znowu mam ochotę na relaks w małej nowozelandzkiej mieścinie.
 

Wracam do Queenstown i tym razem nie nocuję w hostelu a u kompanów z CouchSurfing. Goszczę u pary ze Szkocji, która od 2 lat podróżuje po świecie mieszkając i pracując w różnych krajach. Zaczęli od Azji, obecnie są w Nowej Zelandii a później się przeniosą do Ameryki Południowej. Oczywiście nie ukrywam zazdrości takiego sposobu na życie...
 

Idealnie się składa, ponieważ moi gospodarze wybierają się kolejnego dnia na narty na pobliższy szczyt Remarkables. Również mam taki plan, więc razem szusujemy cały dzień podziwiając niesamowite widoki ze stoku. Dla mnie jest to tym bardziej atrakcją, gdyż w Europie jazda na nartach w lipcu jest po prostu...niemożliwa!
 


 


Z Queenstown udaję się do kolejnej popularnej atrakcji wyspy południowej, w okolice lodowca Franz Josef. Melduję się w hostelu i od razu idę zarezerwować trekking na lodowiec, którego samemu nie można zrobić, jedynie pod opieką przewodnika zapewniającego nam odpowiedni ubiór i sprzęt oraz dbającego o nasze bezpieczeństwo w trakcie wyprawy.
 


 


 


Przewodnik po drodze wytacza ścieżkę i zapewnia asekurację linami.
 


 


Z Franz Josef udaję się do Greymouth, skąd pociągiem TranzAlpine przemięrzę wyspę wszerz aż do Christchurch, oglądając po drodze niesamowite krajobrazy.
 


 


 


Docieram do Christchurch, które na każdym kroku przypomina o bardzo silnych w tym miejscu wpływach brytyjskich.
 


 


W Christchurch spotykam się z Anią, Polką, która przyjechała na 2. letni kontrakt do Nowej Zelandii. Ania i jej przyjaciele oprowadzają mnie po mieście. Odwiedzamy lokalny targ, fabrykę słodyczy oraz... chodzimy po drzewach w parku.
 


Z Christchurch przemieszczam się nad zatokę Akaroa, jedno z piękniejszych miejsc, które dotąd udało mi się odwiedzić.
 


 


Będąc pod wrażeniem Akaroa jadę na półwysep Kaikoura, który swoim urokiem wręcz powala mnie na kolana – jest jak w bajce.
 


 


Krótka przerwa na posiłek w trakcie przemierzania Kaikoura. Nie zamieniłbym za żadne skarby takiej "formy" posilania się na "zamkniętą", nawet najbardziej luksusową restaurację.
 


 


 


Mój ostatni cel przed powrotem do domu to park narodowy Abel Tasman. Jadę do miejscowości Nelson, gdzie rezerwuję noclegi w schroniskach na trasie i udaję się w 3. dniową wędrówkę w głąb dzikiego parku. Musze mieć ze sobą jedzenie, ponieważ po drodze nie znajdę żadnego sklepu ani restauracji.
 


 


 


 


 


I oto nadszedł koniec mojej wyprawy. Z Nelson lecę do Wellington...
 


...aby po kilku godzinach wsiąść w samolot linii Qantas do Melbourne.
 


Idealna pogoda na wysokości przelotowej – czyli to, co uwielbiają wszyscy pasjonaci latania. Można godzinami się wpatrywać w widoki za oknem... Zwłaszcza takie.
 


Z Melbourne lecę do Hong Kongu, następnie Londyn i stamtąd powrót do domu. Przelatując nad Polską w drodze na Heathrow jednak wysiąść nie mogę ;)
 


Podsumowanie: Nowa Zelandia to niesamowite miejsce. Głównie ze względu na przyrodę, ale też na ludzi – przyjaznych i otwartych. Podróżuje się łatwo, w przystępnych cenach i wygodnie.

Dla osób, które lubią mieć wszystko dopięte na ostatni guzik dobra informacja: w tym kraju dosłownie wszystko kupimy wcześniej przez Internet. Bilet na pociąg, autobus, kolejkę linową. Każdy hostel zarezerwujemy z wyprzedzeniem, inne noclegi na trasie, miejsce na polu namiotowym. W Nowej Zelandii spędziłem 5 tygodni. Było to w 2009 roku; wówczas koszt mojego pobytu ze wszystkimi wydatkami zamknął się w kwocie 5 tysięcy złotych. Dziś niestety musielibyśmy wydać więcej, chociażby ze względu na kurs nowozelandzkiego dolara, który poszybował w górę o 30-40% od tamtego czasu.

To również kraj amatorów sportów ekstremalnych. Ja do takich nie należę, ale ktoś, kto lubi skoki na spadochronie, bungee, wspinaczkę górską i inne tego typu aktywności, znajdzie tam wiele możliwości na realizację pasji.

Absolutnie polecam Nową Zelandię jako kierunek na podróż trwającą minimum kilka tygodni, choć dla łakomych każdego szczegółu tej - w moim mniemaniu - najpiękniejszej krainy na ziemi może nie wystarczyć kilka miesięcy. Ja już wiem że wrócę tam w niedalekiej przyszłości...


Tomek Kubień

SKOMENTUJ

kod

KOMENTARZE

  • dodano: 08.07.2015

    Nowa Zelandia

      • Gość Aeronews.pl
        Gość Aeronews.pl
        dodano: 11.02.2012

        Tomcio! Ekstra!!!!! My chyba z Kubą w przyszłym roku polecimy, szukaj nam lotów :P:P buziaki!!! Kasia

          • Gość Aeronews.pl
            Gość Aeronews.pl
            dodano: 11.02.2012

            Trochę długo czekałem na tą drugą część opisu, ale było warto. Pozdrawiam

              • Ferdek
                Ferdek
                dodano: 11.02.2012

                Pozazdrościć tylko! Gdyby moja żona miała większa mobilność od mojej kanapy też z chęcią chciałbym coś takiego przeżyć.

szukajszukaj